Dwa temperamenty filmowe
Gdy siedzę w ciemnej sali kinowej i na ekranie pojawia się pierwszy kadr, od razu wiem, czy oglądam film polski, czy hiszpański. To nie kwestia języka – to coś głębszego, bardziej pierwotnego. To jak różnica między jesiennym deszczem w Krakowie a słońcem andaluzyjskim. Dwie kinematografie, dwa temperamenty, dwie drogi opowiadania o człowieku.
Polskie kino dźwiga na barkach ciężar stuleci. Każdy kadr to niemal archeologia narodowej pamięci – Wajda z jego trylogią wojenną, Kieślowski z metafizycznymi dylematami „Dekalogu”, Pawlikowski z oscarową „Idą” wciąż rozliczającą się z Holocaustem. To kino, które nie potrafi zapomnieć, które każdą historię osobistą przepuszcza przez filtr historii z wielkiej litery. Nawet gdy współcześni polscy reżyserzy próbują uciec od tej martyrologicznej spuścizny, wciąż słychać w ich filmach echo przeszłości.
Hiszpanie? Oni potrafią tańczyć na gruzach historii. Almodóvar bierze tradycję katolicką i miesza ją z drag queen, flamenco z nowojorskim disco, dramat rodzinny z farsą. To nie oznacza, że hiszpańskie kino ucieka od problemów – przeciwnie, mierzy się z nimi z taką odwagą, której mogliby pozazdrościć inni. Ale robi to z uśmiechem, czasem gorzkim, czasem prowokacyjnym, ale zawsze żywym.
Obie kinematografie mają swoje wielkie święta, które przyciągają nie tylko filmowców, ale i tłumy widzów. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni – gdzie rozdaje się Złote Lwy i debatuje o kondycji polskiego kina. Nowe Horyzonty we Wrocławiu to miejsce spotkań z kinem artystycznym i niezależnym. Nie brakuje też festiwali dla dokumentalistów (Millennium Docs Against Gravity), czy miłośników eksperymentów (Off Camera w Krakowie). Hiszpania stawia na różnorodność i temperament. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w San Sebastian to najstarsze i najbardziej prestiżowe wydarzenie, gdzie światowe gwiazdy mieszają się z młodymi talentami. Sitges Film Festival to mekka dla fanów horroru, science fiction i kina grozy – tu nawet strach ma w sobie odrobinę fiesty. Hiszpania ma też dziesiątki mniejszych festiwali, które celebrują kino w każdej postaci.
O tym, czym różnią się narody, opowiada najlepiej ich humor. Polski śmiech to często śmiech przez łzy – absurdalny, egzystencjalny, wyrastający z poczucia bezradności wobec historii. Pamiętamy przecież „Rejs” Marka Piwowskiego, gdzie groteskowość codzienności stawała się metaforą całego systemu. Albo współczesne filmy Patryka Vegi, gdzie czarny humor miesza się z brutalnością rzeczywistości.
Hiszpański humor to z kolei wybuch witalności. Nawet gdy Almodóvar opowiada o śmierci, robi to z takim rozmachem kolorów i emocji, że śmierć staje się częścią życia, a nie jego zaprzeczeniem. Hiszpanie potrafią śmiać się z rzeczy, z których my, Polacy, robimy narodowe traumy. I może dlatego ich filmy częściej podbijają świat – bo ich humor jest bardziej uniwersalny, mniej uwikłany w lokalne kompleksy.
Paradoksalnie, w tej różności kryje się coś wspólnego. Zarówno polscy, jak i hiszpańscy twórcy potrafią opowiadać o człowieku z niezwykłą wrażliwością. Obie kinematografie łączy też pewien europejski elitaryzm – to nie jest kino dla mas, choć potrafi być popularne. To kino, które zmusza do myślenia, które nie daje prostych odpowiedzi.
Gdy zatem gasną światła i na ekranie pojawią się napisy końcowe, nieważne, czy to była polska melancholia, czy hiszpańska pasja – ważne, że to było prawdziwe. Bo w tym tkwi największa siła europejskiego kina: potrafi być różne, zachowując przy tym swoją autentyczność.
